Aaaa, wróciłam do świata żywych. Te święta to był jakiś koszmar, początek roku też. Nie wchodząc w szczegóły, samoistnie i bez żadnego fitnessu spaliłam jeśli nie milion, to z pół miliona streso-kalorii. Ale już jest dobrze. Powiedzmy:)
Zastanawiałam się nawet, czy powrót do tego bloga ma jakikolwiek sens, ale nie lubię zostawiać rzeczy tak rozgrzebanych. Więc nie zarzucam, nie zaczynam od nowa - wracam do punktu, w którym skończyłam. Wprowadzam też "noworoczną" innowację - będę pisać wieczorem po treningu, a nie następnego dnia. Zawsze to ciut bardziej motywujące.
Więc dziś wrzucam jedną godzinę pilatesa. Od czegoś trzeba zacząć:) Najlepszego w nowym roku, tak w ogóle!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz